Trip raporty pokazują to, czego nie da się przekazać tabelą dawek: że przebieg zależy od stanu psychicznego, otoczenia i intencji, czyli od set i setting. Poniższe relacje są bardzo różne: od euforycznych i mistycznych, przez terapeutyczne, po naprawdę trudne. Każda jest streszczona własnymi słowami, a fragmenty w cudzysłowie to dosłowne cytaty z oryginału.
Deklarowane dawki są niepewne: realnej zawartości bibułki nie da się zmierzyć domowymi metodami. Część opisanych zachowań była ryzykowna i nie jest rekomendowana.
Spokojny zachwyt: las, znajomi, natura
| Tytuł | Galaxy Quest |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 22 lata |
| Dawka | 2 bibułki |
| Towarzystwo | Grupa znajomych |
| Miejsce | Kampus uniwersytecki, plener |
| Charakter | Pozytywny (głęboki, mistyczny; trudny powrót) |
Autorka od początku pobytu na uczelni chciała spróbować psychodeliku, ale przez całe studia nie miała okazji. Szansa pojawia się dwa dni przed ukończeniem studiów, kiedy znajoma dzwoni po południu i mówi, że jedzie do dilera. Wieczorem zbiera się pięcioro ludzi, większość z doświadczeniem z innymi psychodelikami, a ona z pierwszotryperskim entuzjazmem bierze pierwszą bibułkę o dziesiątej w nocy. Godzinę i kwadrans później, kierując się słynnym „chyba nie działa", bierze drugą i ta decyzja okazuje się trafna.
Kampus jest pusty: dwa dni przed ceremonią ukończenia, bez imprez, bez przechodniów. Szóstka rusza na eksplorację wyludnionych ogrodów. Pierwsza wyraźna fala przychodzi przy wejściu do camera obscury, małej ciemnej komnaty w jednym z ogrodów. Ktoś wyciąga zepsute świecące bańki mydlane: ciecz przelewa się z fiolki prosto w dłonie autorki i coś się przełącza.
W złożonych dłoniach widzę fraktalne linie w cieczy. Zdaję sobie sprawę, że dosłownie nie ma końca temu, co mogę w niej zobaczyć. Wpatruję się w świecącą pomarańczową nieskończoność. Fraktale stają się małymi wycinkami organicznego i syntetycznego życia. Mam wrażenie, że trzymam w dłoniach cały wszechświat.
Kiedy jeden ze znajomych chlapie resztą cieczy po ścianach, ciemna komnata wypełnia się świecącymi plamami. Przez kilka minut traci poczucie miejsca i czasu, stojąc w środku „kosmosu". Ego-death, którego wcześniej obawiała się po lekturze raportów, przychodzi łagodnie i nie budzi lęku.
Kulminacją jest chwila nad strumieniem na drugim końcu kampusu, gdzie wszyscy idą zmyć z dłoni bańkową ciecz:
Gdy zanurzam dłonie w strumieniu, przeżywam niemal religijne doświadczenie. Jako osoba praktykująca cześć dla natury, jest to jedna z najgłębszych i najbardziej znaczących chwil w moim życiu. Czuję się jak przy ołtarzu jakiegoś boga wody. Chyba cicho przy tym płaczę.
Reszta nocy to wędrówka między akademikami, wspólne rozmowy na podłodze, muzyka, guacamole zjedzone o czwartej w nocy i wschód słońca na dachu z przyjaciółką. Autorka nie śpi tej nocy wcale: o 7:30 wychodzi na próbę do ceremonii i dopiero w silnym słońcu czuje, jak doznanie wygasa.
Finał nie jest bezchmurny. Cztery godziny po powrocie z kampusu pakuje mieszkanie w obecności całej rodziny, włącznie z bardzo energicznym małym bratem, i przez godzinę nie może przestać płakać. Mimo to podsumowuje całość entuzjastycznie. To dobry przykład doznania, w którym znane bezpieczne otoczenie, spokojna i doświadczona grupa oraz właściwy moment (koniec ważnego rozdziału życia) pozwalają przejść nawet przez głębokie rozpłynięcie ego bez lęku.
Sceptyk w lesie sekwojowym
| Tytuł | It Just Makes Me Want to Venture Deeper |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 38 lat |
| Dawka | 1,25 bibułki |
| Towarzystwo | Żona + 2 trzeźwych opiekunów |
| Miejsce | Chata w Sequoia National Forest |
| Charakter | Pozytywny (spokojny, ciekawy, bez głębokiego wstrząsu) |
Lee T. przez prawie rok czytał o psychodelikach, słuchał podcastów i konsultował się ze znajomymi, zanim w chłodną lutową sobotę zabrał żonę Heidi w Lasy Sekwojowe z dwójką trzeźwych opiekunów, by wziąć swoją pierwszą bibułkę. Nastawienie i otoczenie były przemyślane do ostatniego szczegółu: w chacie zamiast ostrych żarówek wisiały lampki choinkowe, na ścianach druki Van Gogha i Moneta, lodówka pełna przekąsek.
Pierwsze efekty (oddychający ręcznik w łazience, sinawe żyłki na dłoniach) przyjmuje z ciekawością, nie z lękiem. Gdy siadają przed chatą na tarasie otoczonym gigantycznymi sekwojami, w korze drzew zaczyna dostrzegać twarze. Nie budzi w nim to niepokoju: wie, że to umysł płata mu figle, i właśnie dlatego doznanie jest fascynujące, a nie przerażające.
Drzewo było pełne twarzy. Dosłownie wszędzie. Wyrzeźbionych w drewnie. Twarze w twarzach, a w nich ukryte kolejne twarze. Nie wyglądały jak „prawdziwe twarze" — miały jakość wyrzeźbioną, spartańską, klasycznie silną, wykutą w kamień. Szczegółowe, pionowe hieroglify.
Tę samą wizję (wyrzeźbionych spartańskich wojowników) widzi chwilę później w fałdach plandeki przykrywającej drewno na opał. Obserwacja, że ten sam wzorzec pojawia się w różnych miejscach, utwierdza go w przekonaniu: to jego umysł tworzy obrazy, nie substancja „pokazuje" mu coś zewnętrznego. I właśnie ta świadomość sprawia, że doświadczenie jest dla niego jeszcze bardziej interesujące.
Z Heidi siedzą w sypialni i wpatrują się w Gwiaździstą Noc Van Gogha. Obraz się porusza: chmury przepływają, niebieski błysk migocze w wirujących wiatrach, niebo żyje w ciągłym przepływie. Potem kładą obrazy, liczą do trzech i razem patrzą na obraz zimowej chaty na wzgórzu wiszący na ścianie. Rama nabiera neonowego fioletu i zaczyna się skręcać jak trójwymiarowy obiekt.
Kulminacja nie jest wizualna. To chwila na sofie przy muzyce zespołu Love. Zamknięte oczy, syntetyczne kolory i nagłe zrozumienie, którego nie potrafi do końca opisać:
Miłość nie była uczuciem. Była miejscem. Celem podróży. Wszystko prowadziło moją świadomość do miejsca o nazwie Miłość.
Charakterystyczne dla Lee jest zakończenie: nie czuje się odmieniony. Nie wierzy, że drzewa mają dusze. Nie przypisuje temu, co widział, żadnego metafizycznego znaczenia. „To po prostu sprawia, że chcę zanurzyć się głębiej." I absurdalny epilog: cała wzniośle filozoficzna rozmowa z Heidi o głębi świadomości i eksplozjach doznania okazuje się rozmową o kwaśnych Skittlesach, które Heidi gryzła w tym samym czasie.
Pierwszy raz pary i nieoczekiwane przepracowanie
| Tytuł | Intense Learning Experience |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | Pierwszy raz |
| Dawka | ~400 μg (2 krople cieczy) |
| Towarzystwo | Partner + trzeźwy opiekun |
| Miejsce | Dom |
| Charakter | Mieszany (głęboki i terapeutyczny; epizod paranoi w środku) |
Autorka (podpisuje się jako HippieGirl) i jej chłopak przez długi czas bali się mitów o LSD: że powoduje krwotok mózgu, że niszczy psychikę. Kiedy substancja trafiła im do rąk wraz z przyjaciółmi, postanowili zrobić research i sprawdzić, ile z tych historii jest prawdą. Znaleźli w nich głównie propagandę. W środku tygodnia kupują po dwie dawki i ustalają, że decyzję podejmą w czwartek wieczór na piątek. W piątek mają dobry dzień: spokojny, bez stresu, w dobrym nastroju. Trzeźwy przyjaciel zgadza się być opiekunem.
O dziesiątej wieczorem zaczyna się sesja. Pierwsza godzina upływa na zbieraniu wokół siebie rzeczy, które autorka kocha: plakatu Jimiego Hendrixa, różowego pluszowego flaminga, starego pluszaka, którego ma od dziecka. Tego ostatniego przytula jak niemowlę.
Potem przychodzi nieoczekiwany, głęboko emocjonalny moment. Bez żadnego widocznego powodu zaczyna płakać z wdzięczności za własne życie:
Zdałam sobie sprawę, że mam wspaniałe życie i że tak bardzo mi się poszczęściło. Cztery lata wcześniej zostałam zgwałcona i w tym momencie tripu zaczęłam mówić chłopakowi, że to nie ma już dla mnie żadnego znaczenia ani wpływu na mnie.
Reszta wieczoru przynosi coraz głębsze wizje: dywanowe włókna wyglądają jak pełzające larwy, sufitowy tynk zamienia się w perłowe motyle, pluszaki zaczynają wyglądać jak żywe dzieci. Na zewnątrz, w świetle latarni, gałęzie drzew rozkwitają jak kwiaty. Autorka czuje się małą dziewczynką, jej chłopak wygląda jak mały chłopiec z nieproporcjonalnie dużą głową i oczami.
W środku nocy przychodzi jednak gwałtowny kryzys. Na drodze powrotnej do budynku autorka nabiera absolutnego przekonania, że śledzą ją policjanci. Zaczyna biec, wymiotuje na korytarzu, wpada do mieszkania w panice, przekonana, że zostawiła ślad prowadzący wprost do jej drzwi. Opiekun i chłopak przez czterdzieści minut spokojnie przekonują ją, że żadnej policji nie ma. Skutecznie: kiedy przez godzinę nikt nie puka do drzwi, panika odpuszcza.
Reszta nocy mija na rysowaniu razem, pisaniu teorii na kartkach, oglądaniu Żółtej Łodzi Podwodnej wielokrotnie z rzędu. O 5:48 autorka gotuje dla całej trójki wielki wspólny talerz jajek, tostów i mielonego. O wschodzie słońca świecą latarkę UV na pokój, obserwują, jak bransoletka zmienia kolor z żółtego na różowy i z powrotem. Całość oceniają jako jedno z najlepszych doświadczeń w życiu. Oboje mieli wcześniej depresję: po sesji objawy nie wracają przez tygodnie. Autorka zaznacza jednak, że do pełni normalności wrócili dopiero po czterech dniach. Ta relacja pokazuje dwie rzeczy naraz: jak psychodelik potrafi nieproszony wydobyć dawną traumę i przynieść ulgę, oraz jak bardzo obecność trzeźwej, spokojnej osoby zmienia bieg trudnego momentu.
Mistyczny przebieg: „obecność wyższej mocy"
| Tytuł | Breakthrough on Bicycle Day |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | Nieznany |
| Dawka | 2 bibułki (~200 μg/szt.) |
| Towarzystwo | Przyjaciel C |
| Miejsce | Mieszkanie autora |
| Charakter | Pozytywny (przełomowy, mistyczny; bardzo intensywna euforia) |
Autor (podpisujący się jako LucidStudies) ma już za sobą kilka rozczarowujących doświadczeń z LSD z tanich, słabych bibułek. Kiedy trafia na droższe „bicycle prints" z Europy (bibułki upamiętniające pierwszą jazdę rowerową Alberta Hofmanna) postanawia sprawdzić, do czego LSD naprawdę jest zdolne. Zaprasza przyjaciela C, doktoranta z podobnymi zainteresowaniami, który nigdy wcześniej nie brał długodziałającego psychodeliku.
Wczesnym popołudniem obaj biorą po jednej bibułce. Po pięćdziesięciu pięciu minutach, gdy efekty są minimalne, decydują się na drugą. To błąd w ocenie: nie wzięli pod uwagę, że te bibułki potrzebują więcej czasu. Efekt przychodzi z podwójną siłą.
O 13:20 C jest całkowicie pochłonięty doznaniem. O 13:30 obaj mają rozognione twarze i czują silny ucisk pod skórą. Autor pyta przyjaciela, co czuje. „Euforię. Nie spodziewałem się tego, ale… jest naprawdę silna." O 14:00 C wychodzi z pokoju z przerażeniem na twarzy: „O kurwa." Autor odpowiada: „Tak, wiem. Świat nie jest taki sam jak wczoraj, prawda?" C odpowiada szeptem: „…nie, nie jest."
O 14:30 doznanie osiąga szczyt. Potem wszystko, co dałoby się ująć w osi czasu, się urywa.
Nie było już żadnych punktów czasowych. Nie było mierzalnego czasu, żeby je z niego robić. Tylko wieczność zachwytu. Zachwyt, jednym słowem, był dominującym efektem tej substancji. Dlaczego dojrzały, inteligentny student ponuro skulił się pod kocem na sofie na wiele godzin? Zachwyt. Dlaczego przez te same godziny gapiłem się w przestrzeń, nie ważąc się powiedzieć ani słowa? Byłem w zachwycie.
Siedzą w ciszy przez wiele godzin, każdy zatopiony w muzyce lub w ciemności pod kocem. C relacjonuje później, że przy każdej piosence czuł się jak na żywym koncercie, rozumiejąc dokładnie, co muzyk miał na myśli (na głębszym poziomie niż kiedykolwiek). Euforia jest tak silna, że staje się trudna do zniesienia: oscylują między chęcią, żeby ją przyjąć, a nadzieją, że wreszcie minie. C ma przez cały czas drobne dolegliwości żołądkowe, autor wcześniej zwymiotował. Efekty utrzymują się czternaście godzin.
Wieczorem autor zatrzymuje się przed obrazem w salonie: portret Francuzki na rowerze, balansującej na Księżycu na tle głębokiego granatowego nieba. Niebieski jest przesycony emocją, twarz kobiety wydaje się nienaturalnie prawdziwa.
C wyjeżdża po jedenastej, niemal tak samo wstrząśnięty jak o 14:30. Autor wieczorem tuli się z dziewczyną i opowiada jej, czym dla niego jest doświadczenie duchowe. Płacze. Mówi, jak bardzo jest wdzięczny za to, że żyje.
Wyobraź sobie, że całe życie czekasz, by zadać Bogu kilka ważnych pytań. Pewnego dnia staje przed tobą, a jest tak dziwny, potężny i piękny, że nie śmiesz nawet otworzyć ust. Możesz tylko patrzeć w zachwycie, wiedząc, że odpowiedzi nie mają znaczenia.
Tego rodzaju przebieg, z poczuciem kontaktu z czymś absolutnie przekraczającym codzienne „ja", w nowszych badaniach klinicznych bywa klasyfikowany jako „doświadczenie mistyczne" i konsekwentnie wiązany z trwalszą zmianą nastawienia po sesji.
LSD a uzależnienie: „po prostu rzuciłam"
| Tytuł | Finally Free |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 25 lat |
| Dawka | 6 bibułek |
| Towarzystwo | Troje bliskich znajomych |
| Miejsce | Dom znajomych |
| Charakter | Mieszany (trudny początek, przełom terapeutyczny w środku) |
Autorka zmaga się z ciężkim uzależnieniem od opiatów od prawie trzech lat. Wstrzykuje sobie do żyły nawet pół grama heroiny dziennie, do tego dziesięć tabletek 30-miligramowego Roxicodone. Próbuje rzucić na zimno: przez pierwsze trzy dni ma halucynacje słuchowe i wzrokowe, drżenie, zaburzenia czucia. Wytrzymuje dziewięć dni, po czym poddaje się z powodu nudności i biegunek. Wraca do nałogu i przez kolejne dwa tygodnie jest jej gorzej niż przed próbą.
Słyszy o ibogainie, ale nie może jej znaleźć. Czyta o historii LSD i pierwszych terapiach uzależnień w latach pięćdziesiątych, w tym o związku tej substancji z powstaniem AA. Postanawia spróbować. Bierze sześć bibułek w domu znajomych, którzy są przy niej, ale dają jej przestrzeń.
Początek jest nieprzyjemny: uczucie podobne do ostrego odstawienia, dreszcze, chęć wyjścia z własnej skóry, klaustrofobia myśli. Po kilku godzinach coś się przesuwa. Autorka zaczyna myśleć o tym, co robi ze swoim życiem: ile pieniędzy, zdrowia i relacji niszczy, żeby osiągnąć stan, który czyni ją niefunkcjonalną.
A skoro na LSD prawie wszystko ma sens, a to nie miało sensu, to po prostu NIE MIAŁO SENSU. (...) To najlepsze wytłumaczenie. Po prostu rzuciłam.
Następnego ranka budzi się z łagodnymi objawami grypopodobnymi, ale bez psychicznego głodu. Pragnienie używania zostało z niej po prostu zdjęte. Spędza kilka dni w łóżku, traktując odstawienie jak grypę. Nocne poty i łagodna gorączka utrzymują się jeszcze tydzień, ale są prawie niezauważalne w porównaniu z poprzednimi próbami.
Od tamtej pory nie wróciła do opiatów. Zapisuje się na studia (fizyka) i w ciągu miesiąca od rzucenia przechodzi z ocen niedostatecznych na czwórki, kierując w naukę całą energię, którą wcześniej pochłaniał nałóg. Kontynuuje sporadyczne używanie psychodelików, które opisuje jako pomoc w odkrywaniu części siebie.
To pojedyncza, anegdotyczna relacja, nie dowód skuteczności. Autorka sama to podkreśla. Ale dobrze ilustruje, dlaczego rola psychodelików w terapii uzależnień od opiatów jest dziś przedmiotem aktywnych badań klinicznych i czym mechanizm działania może różnić się od farmakologicznego odstawienia: nie blokadą receptorów, ale zmianą perspektywy na tyle radykalną, że zachowanie, które „zawsze miało sens", nagle sensu nie ma.
Polski głos: polana, euforia i krótki bad trip
| Tytuł | LSD-25 trip report jedyny w swoim rodzaju |
| Źródło | Forum Haszysz |
| Wiek | Nieznany (doświadczony użytkownik) |
| Dawka | 3 kartoniki |
| Towarzystwo | Znajomi |
| Miejsce | Sosnowa polana, potem dom |
| Charakter | Mieszany (euforyczny start, krótki bad trip w domu, ogólnie pozytywny) |
Klasyczny polski raport forumowy z 2010 roku, sygnowany nickiem drugscat. Autor waży osiemdziesiąt kilogramów i ma już spore doświadczenie z psychodelikami, więc trzy kartoniki to dla niego przemyślana dawka. Warunki są wzorcowe: letni, pogodny dzień, sosnowa polana, znajomi w dobrym nastroju.
Po wejściu przychodzi intensywna euforia i niekontrolowany śmiech. Korony drzew zdają się sięgać ziemi. W powietrzu unoszą się bańki mydlane, których nikt nie puszcza. W dymie papierosa autor widzi wyraźne, uśmiechnięte twarze. Najbardziej zaskakuje go synestezja smakowa: owocowa guma do żucia nie tyle smakuje, ile rozlewa się po całym ciele jako fizyczna fala. Kolory tracą oczywistość: truskawkowy smak jawi się jako pomarańczowy.
Po powrocie do domu doznanie zmienia charakter. Pod wpływem wysokiej dawki pojawia się to, co autor bez owijania w bawełnę nazywa typowym bad tripem:
Nagle pokój zaczyna wirować wokół mnie i tworzy przepaść. Bardzo mnie to zaniepokoiło, typowy bad trip po dużej dawce.
Epizod jednak mija. Wizja przepaści odpuszcza, doznanie wraca do przyjemnego nurtu i tak toczy się dalej przez łącznie około siedmiu godzin. Autor kończy sesję czterema miligramami klonazepamu, żeby spokojnie zasnąć, i ocenia całość na siedem z dziesięciu, zaznaczając, że wcześniejsza sesja z bardziej złożoną mieszanką substancji zasługiwała na dziesięć.
W tym samym wątku padają trafne uwagi z zakresu redukcji szkód: że samo LSD jest farmakologicznie trudne do przedawkowania w sensie zagrożenia życia, i że oglądanie straszących filmów nastawionych na wywoływanie efektu „psychedelic" w trakcie doznania potrafi skutecznie wywołać złą podróż. Ten ostatni punkt, często pomijany w poważniejszych relacjach, jest w praktyce jednym z najczęstszych błędów początkujących.
Wyważona retrospektywa: „to nie cudowny lek"
| Tytuł | Managing My Borderline Personality Disorder |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 32 lata |
| Dawka | Różne (ok. 80 sesji) |
| Towarzystwo | Różne |
| Kontekst | Wieloletnie stosowanie przy zaburzeniu osobowości borderline |
| Charakter | Pozytywny (objawowo skuteczny; autor podkreśla ograniczenia) |
To nie opis jednej sesji, lecz podsumowanie dwunastu lat. Autor MujoLila ma za sobą osiemdziesiąt doświadczeń z LSD i po trzydzieści do czterdziestu z grzybami, DMT i MDMA, a także kilkanaście z analogami Shulgina, kaktusem Bridgesii, 5-MeO-DMT i salvią. Pracował z sześcioma terapeutami, ćwiczy jogę od dwunastu lat, medytuje od sześciu. Żadna z tych metod nie daje mu efektów porównywalnych z LSD.
Rozpoznanie zaburzenia osobowości borderline (BPD) dostał dopiero pod koniec dwudziestki. Główne objawy: gwałtowne wahania nastroju, nagłe wybuchy wściekłości, przytłaczające poczucie samotności i beznadziei, całkowita niemożność utrzymania długotrwałych relacji. Przyjaźnie utrzymuje na powierzchownym poziomie. Nigdy nie był w długim związku.
Na tle całej swojej psychodelicznej historii wyróżnia LSD jako jedyną substancję, która niweluje objawy na dni, a przy odpowiedniej dawce nawet na dwa tygodnie. Co ważne: bez gwałtownego nawrotu typowego dla innych środków.
Gdy biorę LSD, czuję, że wszystkie moje emocje są w komfortowym oddaleniu. Nie muszę czuć żadnej z nich bardziej, niż jest to dla mnie komfortowe. Jeśli potrzebuję odsunąć się od emocji — mogę. Jeśli chcę w nią wejść głębiej — mogę. To wspaniała wolność, której nie mam na trzeźwo ani pod wpływem prawie żadnego innego środka.
Progiem skuteczności jest dla niego co najmniej 250 μg: dopiero taka dawka przełamuje sztywność jego wzorców myślowych. Przy mniejszych efekt jest przyjemny, ale objawy BPD wracają od razu po opadnięciu doznania. Odkrył też, że konopie indyjskie (choć synergistyczne z LSD wizualnie) nasilają jego objawy, więc całkowicie z nich zrezygnował.
Najcenniejsza część relacji to jednak jej puenta, rzadka w tego rodzaju tekstach:
Jest w tym środowisku zdecydowanie za dużo gadania o cudownym leku, a za mało o tym, że psychodeliki mogą pomóc rozwinąć lepsze sposoby radzenia sobie, ale tylko jeśli włoży się czas i wysiłek w ich utrwalenie. (...) To niezwykłe substancje, ale nie cudowne leki.
Krytykuje też raportujących, którzy piszą dzień po sesji „nadal czuję się odmieniony". Proponuje pisać raporty dopiero po dwóch tygodniach albo miesiącu: wtedy widać, co zostaje, a co okazało się tylko euforycznym przeżyciem bez trwałego śladu.
Trudny przebieg: sam, w złym momencie
| Tytuł | Pure and Consuming Terror |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 21 lat |
| Dawka | 1 bibułka |
| Towarzystwo | Sam |
| Miejsce | Pokój w czasie lockdownu |
| Charakter | Negatywny (18 godzin ataku paniki, długotrwałe następstwa) |
To relacja, która najmocniej pokazuje, co znaczy zły set i setting. Autor bierze LSD w trudnym tygodniu: ciężki stres w pracy, narastający lęk, pandemia, lockdown. Mieszka z innymi, ale bierze substancję w samotności, nie mówiąc nikomu. Motywacja: wcześniejsze pozytywne doświadczenia z psylocybiną, chęć dotarcia do źródeł własnego lęku. Dawka nieznana (bibułka kupiona w internecie kilka miesięcy wcześniej).
Przez pierwsze trzy godziny doświadczenie jest piękne: intensywne geometryczne fraktale, rysuje spiralne wzory i setki ludzkich oczu w szkicowniku prawie na autopilocie. Potem nagle, przy czwartej godzinie, bez żadnego zewnętrznego bodźca, siada na łóżku i „wie", że jest martwy.
Nie „myśli, że jest martwy": jest tego absolutnie, stuprocentowo pewny. Że leży martwy w swoim pokoju i teraz doświadcza życia pozagrobowego. Lęk, który przychodzi, jest zupełnie innego rodzaju niż jakikolwiek wcześniejszy lęk.
Bałem się nie śmierci, lecz nieskończoności potencjalnego cierpienia. Bałem się, że będę przeżywał ten lęk przez wieczność, bez możliwości ucieczki. Nie mogłem się nawet zabić, żeby to zakończyć, bo byłem już martwy.
Następne osiemnaście godzin to nieprzerwany atak paniki, krążenie między łóżkiem, kaloryferem i toaletą. Wizualne efekty LSD wygasają po dziewiątej godzinie, ale lęk nie mija, bo nie wywołały go wizje, lecz głębsze zaburzenie poczucia realności. O osiemnastej godzinie autor rozważa trzy opcje: skok z okna, wezwanie karetki albo poproszenie kogoś bliskiego o pomoc. Przy pierwszej opcji powstrzymuje go instynkt przetrwania. Przy drugiej: paraliżujący strach przed psychiatryczną przymusową hospitalizacją.
Wychodzi w deszczu na dwugodzinny spacer, prawie się przewracając na mokrym zboczu, i w końcu decyduje się zapukać do współlokatora. Potem dzwoni do rodziców. Rodzice przyjeżdżają i zabierają go do domu.
Następstwa są poważne i długie: przez pierwszych kilka dni ktoś musi przebywać z nim w tym samym pokoju przez całą dobę, przez pierwszy tydzień co najmniej w tym samym budynku. Przez kolejne miesiące narasta agorafobia. Do tego bezsenność, terapia, leki. Po roku w dużej mierze wraca do siebie i wyraźnie formułuje wniosek: szanować siłę tych substancji, brać je wyłącznie w dobrym stanie psychicznym, nigdy w samotności i mieć z góry gotowy plan na wypadek, gdyby doznanie poszło w złą stronę. Co robić w takiej sytuacji, opisuje poradnik pomocy przy trudnym tripie.
Trudny przebieg: alkohol i decyzja wbrew sobie
| Tytuł | Finally Saw the Other Side |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 19 lat |
| Dawka | 1 bibułka |
| Towarzystwo | Partner (pod wpływem alkoholu) |
| Kontekst | Spontaniczna decyzja, po alkoholu, późna noc |
| Charakter | Negatywny (sześć godzin płaczu, dezorientacja, skrajne wyczerpanie) |
Alyssa ma za sobą kilka udanych tripów i jasną filozofię: LSD to nie substancja do zabawy, to coś poważnego, co wymaga odpowiedniego przygotowania i odpowiednich warunków. Tamtej nocy wszystko jest odwrotnie. Jest po czterech drinkach, jest prawie pierwsza w nocy, ona i jej chłopak P stoją przed barem po wieczorze na mieście, a jakaś znajoma oferuje bibułki. P chce spróbować. Autorka idzie za jego pomysłem i sama natychmiast zaczyna żałować tej decyzji.
Po pijanemu zignorowałam swoje przeczucia.
Bibułka jest już na języku, kiedy próbuje ją wypluć i wyrzucić pod nogi P. On spokojnie zauważa, że szkoda starań: substancja zdążyła wejść. Wracają do jego mieszkania. Przez pierwsze pół godziny stara się ją racjonalizować: przecież brała LSD wcześniej i było dobrze, to tylko jedna bibułka. Ale uczucie „coś jest dramatycznie nie tak" nie odpuszcza.
O 1:45 w nocy do drzwi zaczyna walić pijany przyjaciel P. P wybucha i krzyczy na niego, żeby się wynosił. Autorka, półnaga i coraz bardziej spłoszona, ucieka z mieszkania bez wyjaśnienia. Cztery przecznice do swojego domu idzie sama w środku nocy, drobna studentka bez doświadczenia w samoobronie. Podczas drogi zaczyna na dobre tripować: cień na chodniku wygląda jak towarzysz. Zatrzymuje się pod ścianą, żeby popatrzeć w gwiazdy. Równocześnie czuje nieodparty impuls, żeby biec, i ołowiane nogi, które przyciągają ją ku ziemi.
Wkrótce wraca do P. I przez kolejne sześć godzin, od trzeciej do ósmej rano, leży obok niego i nie może przestać płakać: bez żadnego konkretnego powodu, bez ustanku.
To, co pamiętam najwyraźniej, to poczucie, że zebrałam całe cierpienie i ból emocjonalny świata i zostałam obarczona odpowiedzialnością za to, żeby każdy płacz został usłyszany. Czułam, że nie mam innego wyjścia, jak odpowiedzieć na każdy płacz bólu i straty, który kiedykolwiek zdarzył się w historii ludzkości. Ich ból był moim bólem.
Kiedy o 8:30 w końcu wstaje i patrzy w lustro, nie rozpoznaje własnej twarzy. Twarz zaczyna się kurczyć, ręka rośnie. Wychodzi z łazienki, szklanka wody waży kilogram, schody wymagają trzymania się poręczy obiema rękami, żeby nie spaść albo nie odlecieć.
Po wszystkim, skrajnie wyczerpana, podejmuje decyzję, że to było jej ostatnie doświadczenie z LSD. Ta relacja dobrze pokazuje dwie typowe pułapki: łączenie z alkoholem oraz wchodzenie w doznanie wbrew własnemu nastawieniu. Autorka sama precyzyjnie nazywa wszystkie czynniki: zignorowany po pijanemu instynkt, pusty żołądek, brak trzeźwego opiekuna, decyzja powzięta o drugiej w nocy. Żaden z nich nie jest dramatyczny sam w sobie, ale razem przesądziły o przebiegu, którego nie dało się już zawrócić.
Co łączy te relacje
Mimo skrajnych różnic w przebiegu wracają w nich te same wątki.
- Set i setting decydują o kierunku. Najjaśniejsze relacje łączy spokojne, znane otoczenie, dobre nastawienie i obecność zaufanych osób. Dwa najtrudniejsze przebiegi mają wspólny mianownik: zły stan psychiczny, samotność albo decyzja podjęta wbrew sobie, często z alkoholem w tle.
- To samo doznanie bywa i piękne, i przerażające. Rozpłynięcie poczucia ja jednej osobie jawi się jako spokojny zachwyt, innej jako przekonanie o własnej śmierci. Różnicę robi przygotowanie i otoczenie, nie dawka.
- Trzeźwy opiekun zmienia bieg trudnego momentu. Tam, gdzie ktoś czuwał, panika czy paranoja dawały się przejść. Tam, gdzie osoba była sama, kryzys ciągnął się godzinami.
- Następstwa bywają długie. Zarówno te dobre (trwała zmiana nastawienia, przerwanie nałogu), jak i złe (przedłużony lęk, dysocjacja, epizod agorafobii). Najtrzeźwiejsze relacje przypominają, że psychodeliki to nie cudowny lek, a realna zmiana wymaga pracy po sesji.
Podstawy farmakologii, dawkowania, form i bezpieczeństwa opisuje artykuł o podstawach LSD. O tym, jak nastawienie i otoczenie kształtują przebieg, mówi tekst o set i setting.