Druga część zbioru kontynuuje wątki z części pierwszej. Pięć relacji — od nieoczekiwanej terapii uzależnienia od opiatów przez polską euforyę na polanie i wieloletnią, krytyczną retrospektywę, po dwa przebiegi, które pokazują jak bardzo set i setting mogą zaważyć na całości.
LSD a uzależnienie: „po prostu rzuciłam"
| Tytuł | Finally Free |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 25 lat |
| Dawka | 6 bibułek |
| Towarzystwo | Troje bliskich znajomych |
| Miejsce | Dom znajomych |
| Charakter | Mieszany (trudny początek, przełom terapeutyczny w środku) |
Autorka zmaga się z ciężkim uzależnieniem od opiatów od prawie trzech lat. Wstrzykuje sobie do żyły nawet pół grama heroiny dziennie, do tego dziesięć tabletek 30-miligramowego Roxicodone. Próbuje rzucić na zimno: przez pierwsze trzy dni ma halucynacje słuchowe i wzrokowe, drżenie, zaburzenia czucia. Wytrzymuje dziewięć dni, po czym poddaje się z powodu nudności i biegunek. Wraca do nałogu i przez kolejne dwa tygodnie jest jej gorzej niż przed próbą.
Słyszy o ibogainie, ale nie może jej znaleźć. Czyta o historii LSD i pierwszych terapiach uzależnień w latach pięćdziesiątych, w tym o związku tej substancji z powstaniem AA. Postanawia spróbować. Bierze sześć bibułek w domu znajomych, którzy są przy niej, ale dają jej przestrzeń.
Początek jest nieprzyjemny: uczucie podobne do ostrego odstawienia, dreszcze, chęć wyjścia z własnej skóry, klaustrofobia myśli. Po kilku godzinach coś się przesuwa. Autorka zaczyna myśleć o tym, co robi ze swoim życiem: ile pieniędzy, zdrowia i relacji niszczy, żeby osiągnąć stan, który czyni ją niefunkcjonalną.
A skoro na LSD prawie wszystko ma sens, a to nie miało sensu, to po prostu NIE MIAŁO SENSU. (...) To najlepsze wytłumaczenie. Po prostu rzuciłam.
Następnego ranka budzi się z łagodnymi objawami grypopodobnymi, ale bez psychicznego głodu. Pragnienie używania zostało z niej po prostu zdjęte. Spędza kilka dni w łóżku, traktując odstawienie jak grypę. Nocne poty i łagodna gorączka utrzymują się jeszcze tydzień, ale są prawie niezauważalne w porównaniu z poprzednimi próbami.
Od tamtej pory nie wróciła do opiatów. Zapisuje się na studia (fizyka) i w ciągu miesiąca od rzucenia przechodzi z ocen niedostatecznych na czwórki, kierując w naukę całą energię, którą wcześniej pochłaniał nałóg. Kontynuuje sporadyczne używanie psychodelików, które opisuje jako pomoc w odkrywaniu części siebie.
To pojedyncza, anegdotyczna relacja, nie dowód skuteczności. Autorka sama to podkreśla. Ale dobrze ilustruje, dlaczego rola psychodelików w terapii uzależnień od opiatów jest dziś przedmiotem aktywnych badań klinicznych i czym mechanizm działania może różnić się od farmakologicznego odstawienia: nie blokadą receptorów, ale zmianą perspektywy na tyle radykalną, że zachowanie, które „zawsze miało sens", nagle sensu nie ma.
Polski głos: polana, euforia i krótki bad trip
| Tytuł | LSD-25 trip report jedyny w swoim rodzaju |
| Źródło | Forum Haszysz |
| Wiek | Nieznany (doświadczony użytkownik) |
| Dawka | 3 kartoniki |
| Towarzystwo | Znajomi |
| Miejsce | Sosnowa polana, potem dom |
| Charakter | Mieszany (euforyczny start, krótki bad trip w domu, ogólnie pozytywny) |
Klasyczny polski raport forumowy z 2010 roku, sygnowany nickiem drugscat. Autor waży osiemdziesiąt kilogramów i ma już spore doświadczenie z psychodelikami, więc trzy kartoniki to dla niego przemyślana dawka. Warunki są wzorcowe: letni, pogodny dzień, sosnowa polana, znajomi w dobrym nastroju.
Po wejściu przychodzi intensywna euforia i niekontrolowany śmiech. Korony drzew zdają się sięgać ziemi. W powietrzu unoszą się bańki mydlane, których nikt nie puszcza. W dymie papierosa autor widzi wyraźne, uśmiechnięte twarze. Najbardziej zaskakuje go synestezja smakowa: owocowa guma do żucia nie tyle smakuje, ile rozlewa się po całym ciele jako fizyczna fala. Kolory tracą oczywistość: truskawkowy smak jawi się jako pomarańczowy.
Po powrocie do domu doznanie zmienia charakter. Pod wpływem wysokiej dawki pojawia się to, co autor bez owijania w bawełnę nazywa typowym bad tripem:
Nagle pokój zaczyna wirować wokół mnie i tworzy przepaść. Bardzo mnie to zaniepokoiło, typowy bad trip po dużej dawce.
Epizod jednak mija. Wizja przepaści odpuszcza, doznanie wraca do przyjemnego nurtu i tak toczy się dalej przez łącznie około siedmiu godzin. Autor kończy sesję czterema miligramami klonazepamu, żeby spokojnie zasnąć, i ocenia całość na siedem z dziesięciu, zaznaczając, że wcześniejsza sesja z bardziej złożoną mieszanką substancji zasługiwała na dziesięć.
W tym samym wątku padają trafne uwagi z zakresu redukcji szkód: że samo LSD jest farmakologicznie trudne do przedawkowania w sensie zagrożenia życia, i że oglądanie straszących filmów nastawionych na wywoływanie efektu „psychedelic" w trakcie doznania potrafi skutecznie wywołać złą podróż. Ten ostatni punkt, często pomijany w poważniejszych relacjach, jest w praktyce jednym z najczęstszych błędów początkujących.
Wyważona retrospektywa: „to nie cudowny lek"
| Tytuł | Managing My Borderline Personality Disorder |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 32 lata |
| Dawka | Różne (ok. 80 sesji) |
| Towarzystwo | Różne |
| Kontekst | Wieloletnie stosowanie przy zaburzeniu osobowości borderline |
| Charakter | Pozytywny (objawowo skuteczny; autor podkreśla ograniczenia) |
To nie opis jednej sesji, lecz podsumowanie dwunastu lat. Autor MujoLila ma za sobą osiemdziesiąt doświadczeń z LSD i po trzydzieści do czterdziestu z grzybami, DMT i MDMA, a także kilkanaście z analogami Shulgina, kaktusem Bridgesii, 5-MeO-DMT i salvią. Pracował z sześcioma terapeutami, ćwiczy jogę od dwunastu lat, medytuje od sześciu. Żadna z tych metod nie daje mu efektów porównywalnych z LSD.
Rozpoznanie zaburzenia osobowości borderline (BPD) dostał dopiero pod koniec dwudziestki. Główne objawy: gwałtowne wahania nastroju, nagłe wybuchy wściekłości, przytłaczające poczucie samotności i beznadziei, całkowita niemożność utrzymania długotrwałych relacji. Przyjaźnie utrzymuje na powierzchownym poziomie. Nigdy nie był w długim związku.
Na tle całej swojej psychodelicznej historii wyróżnia LSD jako jedyną substancję, która niweluje objawy na dni, a przy odpowiedniej dawce nawet na dwa tygodnie. Co ważne: bez gwałtownego nawrotu typowego dla innych środków.
Gdy biorę LSD, czuję, że wszystkie moje emocje są w komfortowym oddaleniu. Nie muszę czuć żadnej z nich bardziej, niż jest to dla mnie komfortowe. Jeśli potrzebuję odsunąć się od emocji — mogę. Jeśli chcę w nią wejść głębiej — mogę. To wspaniała wolność, której nie mam na trzeźwo ani pod wpływem prawie żadnego innego środka.
Progiem skuteczności jest dla niego co najmniej 250 μg: dopiero taka dawka przełamuje sztywność jego wzorców myślowych. Przy mniejszych efekt jest przyjemny, ale objawy BPD wracają od razu po opadnięciu doznania. Odkrył też, że konopie indyjskie (choć synergistyczne z LSD wizualnie) nasilają jego objawy, więc całkowicie z nich zrezygnował.
Najcenniejsza część relacji to jednak jej puenta, rzadka w tego rodzaju tekstach:
Jest w tym środowisku zdecydowanie za dużo gadania o cudownym leku, a za mało o tym, że psychodeliki mogą pomóc rozwinąć lepsze sposoby radzenia sobie, ale tylko jeśli włoży się czas i wysiłek w ich utrwalenie. (...) To niezwykłe substancje, ale nie cudowne leki.
Krytykuje też raportujących, którzy piszą dzień po sesji „nadal czuję się odmieniony". Proponuje pisać raporty dopiero po dwóch tygodniach albo miesiącu: wtedy widać, co zostaje, a co okazało się tylko euforycznym przeżyciem bez trwałego śladu.
Trudny przebieg: sam, w złym momencie
| Tytuł | Pure and Consuming Terror |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 21 lat |
| Dawka | 1 bibułka |
| Towarzystwo | Sam |
| Miejsce | Pokój w czasie lockdownu |
| Charakter | Negatywny (18 godzin ataku paniki, długotrwałe następstwa) |
To relacja, która najmocniej pokazuje, co znaczy zły set i setting. Autor bierze LSD w trudnym tygodniu: ciężki stres w pracy, narastający lęk, pandemia, lockdown. Mieszka z innymi, ale bierze substancję w samotności, nie mówiąc nikomu. Motywacja: wcześniejsze pozytywne doświadczenia z psylocybiną, chęć dotarcia do źródeł własnego lęku. Dawka nieznana (bibułka kupiona w internecie kilka miesięcy wcześniej).
Przez pierwsze trzy godziny doświadczenie jest piękne: intensywne geometryczne fraktale, rysuje spiralne wzory i setki ludzkich oczu w szkicowniku prawie na autopilocie. Potem nagle, przy czwartej godzinie, bez żadnego zewnętrznego bodźca, siada na łóżku i „wie", że jest martwy.
Nie „myśli, że jest martwy": jest tego absolutnie, stuprocentowo pewny. Że leży martwy w swoim pokoju i teraz doświadcza życia pozagrobowego. Lęk, który przychodzi, jest zupełnie innego rodzaju niż jakikolwiek wcześniejszy lęk.
Bałem się nie śmierci, lecz nieskończoności potencjalnego cierpienia. Bałem się, że będę przeżywał ten lęk przez wieczność, bez możliwości ucieczki. Nie mogłem się nawet zabić, żeby to zakończyć, bo byłem już martwy.
Następne osiemnaście godzin to nieprzerwany atak paniki, krążenie między łóżkiem, kaloryferem i toaletą. Wizualne efekty LSD wygasają po dziewiątej godzinie, ale lęk nie mija, bo nie wywołały go wizje, lecz głębsze zaburzenie poczucia realności. O osiemnastej godzinie autor rozważa trzy opcje: skok z okna, wezwanie karetki albo poproszenie kogoś bliskiego o pomoc. Przy pierwszej opcji powstrzymuje go instynkt przetrwania. Przy drugiej: paraliżujący strach przed psychiatryczną przymusową hospitalizacją.
Wychodzi w deszczu na dwugodzinny spacer, prawie się przewracając na mokrym zboczu, i w końcu decyduje się zapukać do współlokatora. Potem dzwoni do rodziców. Rodzice przyjeżdżają i zabierają go do domu.
Następstwa są poważne i długie: przez pierwszych kilka dni ktoś musi przebywać z nim w tym samym pokoju przez całą dobę, przez pierwszy tydzień co najmniej w tym samym budynku. Przez kolejne miesiące narasta agorafobia. Do tego bezsenność, terapia, leki. Po roku w dużej mierze wraca do siebie i wyraźnie formułuje wniosek: szanować siłę tych substancji, brać je wyłącznie w dobrym stanie psychicznym, nigdy w samotności i mieć z góry gotowy plan na wypadek, gdyby doznanie poszło w złą stronę. Co robić w takiej sytuacji, opisuje poradnik pomocy przy trudnym tripie.
Trudny przebieg: alkohol i decyzja wbrew sobie
| Tytuł | Finally Saw the Other Side |
| Źródło | Erowid |
| Wiek | 19 lat |
| Dawka | 1 bibułka |
| Towarzystwo | Partner (pod wpływem alkoholu) |
| Kontekst | Spontaniczna decyzja, po alkoholu, późna noc |
| Charakter | Negatywny (sześć godzin płaczu, dezorientacja, skrajne wyczerpanie) |
Alyssa ma za sobą kilka udanych tripów i jasną filozofię: LSD to nie substancja do zabawy, to coś poważnego, co wymaga odpowiedniego przygotowania i odpowiednich warunków. Tamtej nocy wszystko jest odwrotnie. Jest po czterech drinkach, jest prawie pierwsza w nocy, ona i jej chłopak P stoją przed barem po wieczorze na mieście, a jakaś znajoma oferuje bibułki. P chce spróbować. Autorka idzie za jego pomysłem i sama natychmiast zaczyna żałować tej decyzji.
Po pijanemu zignorowałam swoje przeczucia.
Bibułka jest już na języku, kiedy próbuje ją wypluć i wyrzucić pod nogi P. On spokojnie zauważa, że szkoda starań: substancja zdążyła wejść. Wracają do jego mieszkania. Przez pierwsze pół godziny stara się ją racjonalizować: przecież brała LSD wcześniej i było dobrze, to tylko jedna bibułka. Ale uczucie „coś jest dramatycznie nie tak" nie odpuszcza.
O 1:45 w nocy do drzwi zaczyna walić pijany przyjaciel P. P wybucha i krzyczy na niego, żeby się wynosił. Autorka, półnaga i coraz bardziej spłoszona, ucieka z mieszkania bez wyjaśnienia. Cztery przecznice do swojego domu idzie sama w środku nocy, drobna studentka bez doświadczenia w samoobronie. Podczas drogi zaczyna na dobre tripować: cień na chodniku wygląda jak towarzysz. Zatrzymuje się pod ścianą, żeby popatrzeć w gwiazdy. Równocześnie czuje nieodparty impuls, żeby biec, i ołowiane nogi, które przyciągają ją ku ziemi.
Wkrótce wraca do P. I przez kolejne sześć godzin, od trzeciej do ósmej rano, leży obok niego i nie może przestać płakać: bez żadnego konkretnego powodu, bez ustanku.
To, co pamiętam najwyraźniej, to poczucie, że zebrałam całe cierpienie i ból emocjonalny świata i zostałam obarczona odpowiedzialnością za to, żeby każdy płacz został usłyszany. Czułam, że nie mam innego wyjścia, jak odpowiedzieć na każdy płacz bólu i straty, który kiedykolwiek zdarzył się w historii ludzkości. Ich ból był moim bólem.
Kiedy o 8:30 w końcu wstaje i patrzy w lustro, nie rozpoznaje własnej twarzy. Twarz zaczyna się kurczyć, ręka rośnie. Wychodzi z łazienki, szklanka wody waży kilogram, schody wymagają trzymania się poręczy obiema rękami, żeby nie spaść albo nie odlecieć.
Po wszystkim, skrajnie wyczerpana, podejmuje decyzję, że to było jej ostatnie doświadczenie z LSD. Ta relacja dobrze pokazuje dwie typowe pułapki: łączenie z alkoholem oraz wchodzenie w doznanie wbrew własnemu nastawieniu. Autorka sama precyzyjnie nazywa wszystkie czynniki: zignorowany po pijanemu instynkt, pusty żołądek, brak trzeźwego opiekuna, decyzja powzięta o drugiej w nocy. Żaden z nich nie jest dramatyczny sam w sobie, ale razem przesądziły o przebiegu, którego nie dało się już zawrócić.
Pierwsze pięć relacji — od spokojnego zachwytu przez zmysłowy eros po mistyczny przebieg — znajduje się w części pierwszej.
Podstawy farmakologii, dawkowania, form i bezpieczeństwa opisuje artykuł o podstawach LSD. O tym, jak nastawienie i otoczenie kształtują przebieg, mówi tekst o set i setting.